Nie mój plan

Nie mój plan

Rok temu

Pamiętam siebie sprzed roku. Bardzo dokładnie. To był trudny czas. Byliśmy właśnie na etapie odwoływania naszej wymarzonej wyprawy na Chorwację. To miała być taka podróż poślubna-rok później. Rok wcześniej, okres wakacyjny był głównie czasem wzmożonych poszukiwań mieszkania. Poza tym większość urlopu wykorzystaliśmy wtedy na przedślubną gorączkę oraz około-ślubną logistykę.
A było co ogarniać: przenosiny męża z Łodzi do Bielska, moja wyprowadzka z Krakowa do Bielska i ślub w Rzeszowie….

Wtedy, rok temu- od końca czerwca do końca sierpnia byłam uwięziona w domu, z nogą na stosie poduszek lub w Centrum Rehabilitacji- jedno z drugim odbywało się wymiennie. Nie potrafię posługiwać się medycznym językiem ani też nie mam przed sobą kart medycznych od kilku różnych ortopedów, których wtedy odwiedziłam (z różnym skutkiem), więc nie jestem w stanie opisać co się ze mną wtedy dokładnie działo. Wiem, że przez moje ciało przechodziły różne dziwne stany zapalne. Tworzyły się zrosty, spięcia, a moje ciało począwszy od barku, aż po kręgosłup i na stopie skończywszy, było po prostu chore.

Nie mogłam chodzić, przejść się na spacer, spotkać się z koleżanką czy wreszcie wybrać się z mężem na wymarzony urlop. Praca, w której wtedy byłam, a raczej wegetowałam, wykańczała mnie psychicznie. Kilka miesięcy wcześniej wysłałam kilka CV, miałam nawet telefon z zaproszeniem na rozmowę, ale odmówiłam. W pracy był właśnie „ten lepszy moment”,(których stosunkowo było jednak bardzo niewiele), więc postanowiłam, że dam jej szansę, może jeszcze będzie lepiej. Nie było.

W końcu powiedziałam: DOŚĆ!

Końcem sierpnia, kiedy moje przygnębienie spowodowane stanem zdrowia, złością na to, że tkwię w miejscu, które mnie tłamsi, postanowiłam, że rzucam tę pracę. Poprosiłam wówczas jedną z najbardziej kochanych osób o pomoc w transporcie i o kulach doczołgałam się do pracy, składając wypowiedzenie. Nie miałam niczego wcześniej nagranego, ale wtedy postanowiłam sobie, że od października będę już miała inną pracę.

Rok temu, kiedy byłam tak bardzo smutna, sfrustrowana i przygnębiona, wydawało mi się, że chyba póki co, nic bardziej przykrego i trudnego nie spotka mnie w życiu.


Bóg
 nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć

Jest 10 sierpnia, 117 dni temu usłyszałam potwornie trudne słowa, które jak miecz przecięły moje serce na pół: „serce nie bije, ciąża obumarła”.
Ostatni post na blogu umieściłam 11 kwietnia, kiedy byłam jeszcze w ciąży. To był ostatni dzień, w którym miałam nudności, Wielka Sobota. Kilka dni wcześniej usłyszałam od lekarza, że z dzieciątkiem może być coś nie tak.
Pamiętam jak wcześnie rano po nosie połechtał mnie zapach żuru gotowanego przez sąsiadkę z naprzeciwka. Postanowiłam sobie wtedy, że ugotuję żurek, pomimo tego, że ledwo trzymałam się na nogach. To miał być pierwszy samodzielnie ugotowany przeze mnie żurek i to jeszcze w czasach tak trudnych, bo korona wówczas przybierała na sile i przez to, tegoroczne Święta Wielkanocne były na swój sposób- smutne.

Następny post natomiast miał być o tym jak to „udało nam się”, wraz ze Zmartwychwstaniem Pana Jezusa pokonać śmierć. O tym jak ten czas oczekiwania na Jego przyjście był również czasem oczekiwania dla nas. „Bo Jezus przecież nas wybrał, żebyśmy w tym czasie Triduum nieśli razem z Nim ten Krzyż, bo przecież byliśmy wtedy tak bardzo wierzący, że nie było innego wyjścia”.
A potem chciałam wszystkim dać świadectwo tego, że „nasza wiara została wynagrodzona i dzieciątko przeżyło”.

Tylko,że to nie była prawdziwa wiara w Boga, w słuszność Jego zamiarów i w to, że ma jakiś swój, a może właśnie najlepszy dla nas- plan. To była wiara w to, że On zrobi dokładnie to o czym my myślimy, czego my po ludzku pragniemy.
…i pomimo tego, że dzisiaj wiem, że z mojej strony to była pycha, to nie rozumiem Ciebie Boże, jaki miałeś w tym cel i co próbowałeś nam przez to powiedzieć?

Plany, plany, plany

Może za rok będę mogła znaleźć odpowiedź na to pytanie, a co więcej, podziękować za to trudne doświadczenie. Dziś dziękuję Bogu za to, że zamieszał trochę z moim zdrowiem w zeszłym roku. Gdyby nie moja frustracja i przygnębienie spowodowane tym, że nasz urlop nie doszedł do skutku. Gdyby nie to,że zwykłe wtedy wyjście z sypialni do toalety to była wyprawa na kilkanaście podskoków lub żmudne czołganie się po podłodze, pewnie nie zdecydowałabym się na rzucenie tamtej pracy.

Jestem w dobrym miejscu, z dobrymi ludźmi i nie zaczynam już poranków z bólem brzucha, a ze szczerym uśmiechem.

Jestem też trochę na zakręcie, jeśli chodzi o mojego bloga. Czuję, że coś we mnie umarło, a może tylko zostało przyprószone grubą warstwą kurzu. Trochę nie wiem czy sensownym jest prowadzenie bloga, bo mam wrażenie jakbym coś zatraciła. Jakąś umiejętność, zdolność, zamysł, smak.

Tym bardziej jest mi głupio przed Wami, bo jeszcze na dobre się nie nawiązałam z Wami dobrych relacji, a już  Was opuściłam na kilka miesięcy. Może potrzebowałam tego oddechu, może skoro dziś usiadłam do komputera to jest jakiś mały promyk, że coś się we mnie budzi. Sami widzicie tą gonitwę myśli.
Ale właśnie złapałam jedną! I choć jeszcze jest to bardzo bolesne i zbieram się do kupy to wierzę bardzo mocno, że “Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć.”

I myślę sobie,że to nie był plan na to,żeby mnie zniszczyć, zdołować, pozwolić, żebym cierpiała, ale powiedzieć mi przez to:” Moje dziecko, wiem, że Ci ciężko, ale pamiętaj, że jestem w tym z Tobą. Dasz radę.”

Wy też dacie radę, cokolwiek teraz się u Was dzieje. Cokolwiek Was teraz przygniata, wiedzcie, że naprawdę odnajdziecie małe promyki i łapiąc się ich sprawicie, że rozświetli się Wasze życie.

Proszę, zostańcie ze mną. Ja się jeszcze rozbudzę na nowo.

 

P.S. Dziękuję mojemu mężowi, który każdego dnia ratuje mnie swoją miłością

 

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *